Pierwszy garnitur, pierwszy zegarek, pierwsze zdjęcie. Komunijnych pierwszych razów było sporo…
Było, bo, jak mówią ci, którzy do Pierwszej Komunii Świętej przystępowali kilkadziesiąt lat temu, dziś patrzy się na wszystko inaczej.
Wiesława Kruczek od brata była sporo niższa, choć to on był młodszy. Fotograf uznał, że na wspólnym zdjęciu nie wypadnie to najlepiej, ale na taki kłopot radę znalazł szybko.
– Pod nogi podstawiono mi jakieś podwyższenie – opowiada pani Wiesława. – Nikt się fortelu nie domyślił. To zdjęcie z 1933 roku mam do dziś: ja w krótkiej, skromniutkiej sukience i brat w granatowym garniturku i białej bluzce.
Pani Wiesława do Pierwszej Komunii przystępowała w 1933 roku w Kościele Narodzenia NMP w Bełchatowie. Na tę okazję sprawiono jej specjalną sukienkę: troszkę za kolana, zawiązywaną pod szyją, z rękawami ściąganymi gumką. Na bokach miała wszyte kliny z falbankami, tak żeby nie było za strojnie.
– Pamiętam, że tego dnia w domu rodzice wydali dosyć uroczysty obiad – opowiada. – Ale o prezentach wtedy nikt nie myślał. Trochę mnie ta dzisiejsza pompa, restauracje, podarunki za kilkaset złotych przerażają. Bo gdzie tu miejsce na prawdziwe przeżycie takiego święta?
Czy ksiądz jabłka odpuści?
A było co przeżywać. Szczególną obawą napełniała pierwsza spowiedź.
– Bałem się, że ksiądz nie odpuści mi jednego strasznego grzechu – wspomina ze śmiechem Mieczysław Chodkowski z Tomaszowa. – W sadzie sąsiada podkradłem kilka jabłek. Z tydzień przed komunią przeżywałem prawdziwe katusze. Sumienie mnie gryzło okropnie. Ale dostałem rozgrzeszenie. Dzisiaj się z tego śmieję, ale wtedy szedłem do konfesjonału jak na ścięcie.
Samych przygotowań do uroczystości i egzaminów aż tak bardzo nie przeżywano.
– Nie chodziliśmy na dodatkowe nauki – mówi Wiesława Kruczek. – Przepytywano nas z tego, czego uczyliśmy się na religii w szkole.
Na nauki sumiennie trzeba było za to chodzić po wojnie.
– Do kościoła miałam 9 kilometrów – opowiada pani Ewa z Bełchatowa, która do komunii przystępowała w kościele w Parznie. – Za każdym razem na nauki trzeba było iść na piechotę, czasami tylko udało się zdobyć rower.
Do tego samego kościoła, tyle że przed wojną, na nauki chodziła Władysława Papuga, czy też Władzia Papużanka, jak napisał ksiądz na komunijnym obrazku.
– Pamiętam, że na skrzyżowaniu już niedaleko Parzna był wielki kamień – wspomina z nostalgią. – Tam każdy zakładał buty, żeby do kościoła nie wchodzić na bosaka. Bo buty trzeba było szanować.
Jeszcze inne wspomnienia z nauk ma Weronika Gruszewska z Wygnanowa (pow. opoczyński).
– W którym roku to było dokładnie, już nie pamiętam – mówi. – Ale mam 72 lata, to niech każdy sobie odejmie, ile trzeba. Wtedy każdy proboszcz prowadził swoje własne gospodarstwo, a że w maju sporo było roboty, więc po nauce dziewczynki pomagały np. w pieleniu ogródka.
Zdjęcie jak marzenie
A potem komunia. Pani Władysławie szczególnie utkwiło w pamięci to, że była bardzo głodna, bo przed przyjęciem sakramentu nie wolno było nic jeść.
– Dostaliśmy od księdza szkaplerzyki i obrazki – mówi. – Obrazek mam do dziś.
Pani Weronika mówi, że o komunijnych zdjęciach można było tylko pomarzyć. Już po uroczystości mamy organizowały na plebanii mały poczęstunek: kubek kawy z mlekiem i bułka. Potem wszyscy rozchodzili się do domów, dzień jak co dzień. – Trzeba się było zająć swoją robotą – dodaje. – Szło się do pasienia krów, owiec, gęsi.
Przebierać się nie trzeba było, bo pod Opocznem dzieci do komunii przystępowały ubrane w zwykły strój. – Wełniak, bluzka, spódnica – opisuje pani Weronika. – Dopiero jakieś 10 lat później weszła moda na białe plisowane spódniczki, ale też szyte na opoczyńską modłę. Pamiętam, że mama uplotła mi na tę okazję wianek z ruty.
O zdjęciach można było tylko pomarzyć. Pani Władysława mówi, że w 1929 roku nikt o fotografie na wsi nawet nie myślał. – Dopiero moje córki zdjęcia miały – dodaje. – Ale to było ponad 20 lat później. Cała rodzina zebrała się w sadzie na obiedzie. Gdy tak dzisiaj na to zdjęcie patrzę, to aż mi się płakać chce, bo już prawie nikt z nich nie żyje.
Buty brązowe – jak nowe
Krystyna Wieczorek z Lubiaszowa (pow. piotrkowski), gdy w 1946 roku przystępowała do komunii, nie potrafiła jeszcze czytać. Razem z nią szli i tacy, którzy mieli już po 15 i więcej lat.
– Pamiętam, że po naukach za kościołem to nawet trochę randkowali – mówi ze śmiechem pani Krystyna. – We wojnę różnie z komuniami bywało i dopiero później trzeba było zaległości nadrabiać. Ja modlitw, z których ksiądz dopytywał, nauczyłam się ze słuchu, gdy wszyscy powtarzali.
Mama pani Krystyny córkę wystroiła odświętnie, choć czasy były bardzo biedne. „Wykombinowała” gdzieś biały materiał, z którego uszyła sukienkę, o białych butach nie było co śnić, więc szewc przerobił jakąś parę większych, brązowych butów na takie, które wyglądały prawie jak nowe.
Do kościoła obie poszły na piechotę – dobrych kilka kilometrów.
– Rano, przed komunią nic nie można było jeść – opowiada – ale na drogę powrotną mama ugotowała dwa jajka, wzięła chleb z masłem i picie w butelkę. Przy moście na rzece przysiadłyśmy i to zjadłyśmy.
Gdy w 1958 roku do komunii przystępowała pani Ewa, tak ascetycznie już nie było.
– Dostałam swoją pierwszą torebkę – opowiada. – Ściskam ją na zdjęciu bardzo mocno.
To, że dziś pani Ewa może pochwalić się zdjęciem, to prawdziwe szczęście. Na wyprawę do zawodowego fotografa nikt by się nie zdecydował, ale do jednej z sąsiadek przyjechała krewna, która miała aparat fotograficzny.
– Nikt później jakiegoś przyjęcia nie organizował, po prostu w domu był trochę wystawniejszy obiad dla rodziny – mówi bełchatowianka. A myśmy z koleżankami przeszły po wiosce, śpiewając te nasze komunijne pieśni. Taki był zwyczaj.
Rządzą komunijne mody
Niedługo, bo tylko kilka lat trzeba było czekać, żeby komunijna moda zaczęła dyktować przebieg całej uroczystości. Już w połowie lat 60., gdy Krystyna Wieczorek do komunii posyłała córkę, biała sukienka była szyta według określonego standardu: biały szyfon z naszywanym haftem. Na głowach dziewczynki też już nie nosiły wianków z mirtu, ale gotowe „hełmy” z mocowanymi na drucikach kwiatuszkami.
Pani Ewa sama do komunii wyprawiała trzy córki. Pierwsza szła w albie, pozostałe w zamawianych u krawcowej sukienkach. Ale te też nie były jednakowe.
– Komunia była okazją do rodzinnego zjazdu. Przyjeżdżały całe rodziny, ale wtedy jeszcze wyprawiało się ją w domach. Bez orkiestry – dodaje.
– Trochę mnie ta wystawność niepokoi – mówi Wiesława Kruczek. – Dobrze, że teraz coraz modniejsze są alby, to przynajmniej dzieciom nie jest przykro, bo wszystkie jednakowo są ubrane.
Jednak, jak przyznają wszyscy ci, którzy komunie i swoje, i swoich dzieci mają dawno za sobą, dzisiejszy wyścig rodziców trwa w najlepsze.
– Syn mówił, że salę w restauracji trzeba zamawiać pół roku wcześniej – mówi Mieczysław Chodkowski. – Rodzina się cała umawiała, kto jaki prezent kupi. Jak na wesele jakieś, czy co?
EMD, Dziennik Łódzki
|
|
02/05/2010
W blasku fleszy |
|
|
07/04/2010
Ciekawostki komunijne |
|
|
25/05/2010
Wczesna komunia święta: za i przeciw |